Egipskie rafy

Egipt, stolica bogów i faraonów, miejsce ogromnego bogactwa i widocznej biedy. Kraina słońca, kwiatów i turkusu. Kraj, w którym woda posiada równie cenne bogactwo co ląd. Każdy, kto miał przyjemność zanurzyć się w wodach Morza Czerwonego, na pewno domyśla się, czym chcę się z wami podzielić.

Opowieść o świecie podwodnym zacznę od samego początku, czyli od momentu, w którym pierwszy raz zanurzyłem twarz w głębinie. Rok 1999, połowa października, Hurghada. Jeszcze jako dziecko popłynąłem na wyspę Giftun. Kuter zatrzymał się na środku morza. Uzbrojony w maskę i rurkę, trzymając się drabinki łodzi, zanurzyłem twarz. Zza wielkiej, kolorowej skały koralowca, wypłynęła ogromna murena, liczyła niemal 2 metry, otworzyła paszczę i połknęła wielką kolorową rybę. To jest pierwsze wspomnienie ze świata podwodnego, które zapisało się w mojej głowie. Potem już było spokojnie. Zaopatrzony w płetwy, pływałem w wyznaczonym miejscu, a widok, który miałem przed oczami, zapierał dech w piersi. Miliony barw, tysiące ryb, zupełnie różnych i ciekawych. Podpływały i bacznie przyglądały się istotom, które wkroczyły do ich królestwa. Kiedy dobiliśmy do brzegu wyspy, było tam niemalże pusto. Towarzyszyła nam jeszcze jedna łódź, co sprawiało, że miejsce było totalnie kameralne, a nawet jak na tamte czasy luksusowe. Właśnie wtedy, dotarło do mnie, że to, co zobaczyłem pod wodą, było niczym podróż do raju.

Kolejny raz Egipt odwiedziłem w 2008 roku. Również była to Hurhgada. Podczas tej wyprawy, postanowiłem zwiedzić przyhotelowe rafy. Wypływając na lazurową toń, można było dostrzec piękne okazy podwodnych zwierząt, ale to już nie było to samo, co za pierwszym razem. Dlatego też ponownie postanowiłem zobaczyć, co kryje głębina przy wyspie Giftun. Było super, ale nadal czegoś mi brakowało. Wówczas naszła mnie myśl, że następny raz będzie w Sharm el Sheikh. Tak też się stało. W 2010 roku odwiedziłem zaplanowane miejsce. Ciekaw raf, również popłynąłem w rejs, tym razem na wyspę Tiran. Cały czas mając wspomnienie z mojej pierwszej podwodnej eskapady, niestety się rozczarowałem. Widoki zapewne były bajeczne, ale tłum ludzi płynących w grupie, uderzając płetwami jeden o drugiego, zniechęcił mnie do dalszych kąpieli. Wycieczka jak się okazało, kończyła się w pobliżu hotelu, w którym mieszkaliśmy. Byliśmy nieświadomi, że raj jest tak blisko. Rafy, które były niedaleko hotelowych plaż, były niczym z telewizyjnych programów przyrodniczych. Całe dnie pływałem, robiłem zdjęcia, kręciłem filmy. Chciałem zatrzymać ten moment jak najdłużej. To, co tam zobaczyłem, do dziś sprawia, że moja fascynacja odmętami Morza Czerwonego jest wciąż aktualna.