Kenia – miejsce spełnionych marzeń

Rafy koralowe są jak dobry narkotyk. Raz spróbujesz i potem nie możesz przestać o nich myśleć. Chcesz więcej i więcej. W świecie podwodnym zakochałem się, będąc w Afryce, jej północnej części, a dokładniej mówiąc – w Egipcie. Jako miłośnik natury, dzikości i pięknych widoków, zapragnąłem poczuć prawdziwą egzotykę. Tym razem chęć zobaczenia czegoś więcej była na tyle silna, że spełniłem swoje marzenie. Pojechałem do Kenii.

Wyprawę na ocean zakupiłem u lokalnych handlarzy – nie ma ryzyka, nie ma zabawy. Pobudka wcześnie rano, czekamy przy hotelu, aż ktoś po nas przyjedzie. Po chwili spóźnienia pojawia się auto, które ma przewieźć nas do portu. Jedziemy samochodem osobowym i jak na afrykańskie warunki jest nawet komfortowo. Długa droga przed nami, a teren zaczyna różnić się coraz bardziej. Wjeżdżamy na tereny wiosek. Obrazy, które tam dostrzegam, mogę nazwać jedynie słowem, które według mnie opisuje to najlepiej – Afryka. Małe lepianki z ogniskiem obok. Gliniane garnki, kozy, palmy. Wszędzie pełno kurzu, dzieci biegające boso i kobiety, idące z koszami na głowie. Takich obrazów, nie można zapomnieć.

Przeczytaj także o przygodzie w Egipcie.

Docieramy do portu. Okazuje się, że łódź, którą mamy wypłynąć, jest zbita z desek i posiada żagle. Ahoj przygodo. Wystartowaliśmy. Rejs trwał ok 1,5 godziny. Niestety ocean nie był dla nas zbyt łaskawy i przywitał nas sporą falą. W związku z tym nie było niestety możliwości, aby dostrzec zamieszkujące te wody delfiny. Kiedy dopłynęliśmy na miejsce, niestety sama rafa nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. W porównaniu do raf egipskich, ta okazała się bardzo uboga. Na szczęście, sama wyprawa była ogromną atrakcją. Niewielka plaża z białym piaskiem na środku oceanu rekompensowała wszystko. Wylegiwanie się na prażącym słońcu dopełniało klimat rajskich wakacji. Po chwili, fala zaczęła się nasilać i trzeba było wracać. Nikt z nas nie przypuszczał, że rejs na rafy, może wywoływać tyle emocji. Wiatr był na tyle silny, że fala mierzyła aż 2,5 metra. A my na środku oceanu, w drewnianej łódce. W pewnym momencie dziób nabrał wody, a wszyscy zostali przeniesieni na rufę. Nasz kapitan i jego pomocnik, czym prędzej próbowali rozłożyć żagle, krzycząc „Hakuna matata, hakuna matata” – co znaczyło, że wszystko będzie dobrze. Widząc ich miny, sam miałem wątpliwości co do pozytywnego zakończenia tej przygody. Na szczęście okazali się być bohaterami swojej łodzi i bezpiecznie dostarczyli nas do portu. Wrażenia, które stamtąd przywiozłem, są jednymi z najcenniejszych w moim życiu. Baobaby, bezkres oceanu, małe wioski, dziki świat, jednym słowem – Kenia, miejsce spełnionych marzeń.